Platforma nadziei

Trybuna świadectw

To przestrzeń, gdzie możesz podzielić się swoją historią, jako świadectwem, że dokonałeś/-aś zmiany w swoim życiu, przez co żyje Ci się lepiej.  Opowiedz proszę, przedstaw, że niemożliwe stało się rzeczywiste, doceń przez to siebie raz jeszcze. Dzielenie się swoim osobistym doświadczeniem ma moc, dla Ciebie- wzmacnia, przypomina kim jesteś, dla innych pozwala uwierzyć, motywować, że aby dokonać zmiany należy konsekwentnie do niej dążyć przyjmując pomoc. Zachęcamy Cię do publikowania własnych materiałów w postaci : tekstów, nagrań, zdjęć, relacji, wywiadów.

Nie dajemy gwarancji, że ktoś po obejrzeniu, wysłuchaniu twojego świadectwa, zapragnie tak samo jak Ty żyć inaczej. Niech Twoja historia wzbudzi nadzieję w innych.

Moje świadectwo trzeźwości – Jurek

Moje świadectwo trzeźwości – Marcin

Moje świadectwo trzeźwości – Alek

Długo zastanawiałem się co chce przekazać opowiadając swoją historie ponieważ każda opowieść powinna zawierać puentę. Dając swoje świadectwo trzeźwienia chce przekazać jedynie to, że warto zacząć wierzyć w siebie, w swoją indywidualność. Ponieważ najgorsze co możemy zrobić sobie samym, to próbować być tacy jak reszta społeczeństwa. Ja w momencie kiedy zacząłem mieć gdzieś co myślą o mnie inni, nawet najbliżsi (a może szczególnie oni) poczułem w końcu że jestem na swoim miejscu.

Legenda komedii Jerry Lewis zapytany w wieku 90 lat: „ -czy rodzice uważali Cię za dziwnego?” odpowiedział: „-jasne, -a co takiego robiłeś? -to na co miałem ochotę i robiłem to przez całe swoje życie, nie patrząc na innych!”

O taka wolność warto walczyć w życiu! 

Jeżeli miał bym podzielić swoje życie na etapy to tak naprawdę były trzy. 

Etap 1 „ Ja”

Każdy z nas na początku był sobą, myślę ze trwa to tak średnio do 5 roku życia, może krócej. Ta wolność trwa do tego momentu  aż uwierzymy w czyjąś opinie na swój temat: „- Jesteś nie wystarczający , zachowuj się, jak ty się ubrałeś , niczego nie potrafisz zrobić porządnie, itd”.

 Od dziecka byłem indywidualista czułem się dobrze sam ze sobą, nie potrzebowałem drugiej osoby, bawiłem się świetnie w pojedynkę. Nie czułem żadnego braku, byłem pełny. Gdy odwiedzał mnie jakiś rówieśnik  to i tak bawiłem się gdzieś z boku sam z uśmiechem na twarzy. Teraz, czasami, przez krótka chwile zdarza mi się wzbudzić stan jaki wtedy czułem, jest to czysta magia i wolność.

Wszystko oczywiście zaczęło się zmieniać jak zrozumiałem co do mnie mówią rówieśnicy:  „-dziwak ? – haha sierota itp.” Pamiętam że chodząc na piechotę ze szkoły witałem się z każdym napotkanym kotem, psem, nawet drzewem. Średnio droga ze szkoły do domu trwała 15 min, w moim przypadku rozciągała się nawet do 50 min. Podziwiałem wszystko co spotykałem po drodze! Nietrudno zauważyć ze z takim stylem bycia łatwo o łatkę dziwaka wśród rówieśników. 

Jednak w moim rodzinnym domu miałem ostoje, wychowywała mnie samotna Matka z Dziadkiem i Babcią. Nie było Ojca . Ale czułem się szczęśliwy naprawdę! ponieważ panował tam spokój.

   Szkoła sama w sobie dla mnie osobiście to była straszna trauma, ponieważ często słyszałem: „-jesteś pi*da, chłopak taki słaby z wf-u, idź lepiej skończ ze sobą itp.”. 

Byłem nieśmiały, wrażliwy, często płakałem i bałem się bić na pieści, to wystarczyło . Oczywiście miałem w tamtym okresie  kolegów ale bardzo szybko uwierzyłem w łatkę jaką mi doklejono i chciałem zacząć być „normalny” jak wszyscy.

 I tu wchodzimy w…

Etap 2 „Na pewno nie ja (uzależnienie)„

Ten etap był bardzo burzliwy i ciężko go zbić w jedna spójna całość, bo tak naprawdę nie wiele z tego etapu pamiętam. Ale spróbuje. 

Wszedłem na drogę uzależnienia kiedy wprowadził się do nas na dzielnice „Gruby” mój rówieśnik. Imponował mi w każdym calu, miałem wtedy z 13 maksymalnie 14 lat. Gruby był głośny, palił fajki, chlał tanie wina i ten sposób bycia….. Miał w dupie co sobie pomyślą o nim inni oraz nie patrzył na konsekwencje. Imponowało mi to strasznie. W tamtym momencie tego potrzebowałem, ponieważ już miałem dosyć roli grzecznego, zahukanego, wyśmiewanego chłopca. Chciałem swojej nieobecności. 

Nie pamiętam dokładnie ile czasu trwało aż zaczęłam zachowywać się jak on, ale pamiętam bardzo dobrze kiedy pierwszy raz się upiłem. Za namową Grubego pojechaliśmy razem z dużo starszymi sąsiadami „Maluchem” do lasu. Najstarszy z towarzystwa rozlewał wódkę  do jednego plastikowego kubeczka który szedł wkoło. Klasyczna akcja dla mnie jednak była to nowość… W końcu przyszła moja kolej, usłyszałem: „-pij bo Ci zaj*bje gonga” trudno było odmówić. Na początku wydawało mi się ze umieram, zacząłem się dusić. Usłyszałem tylko: „- Młody co tu kur**, bo nam tu jeszcze zejdziesz! „.

 Ale po niedługiej chwili kiedy zawartość plastikowego kubka zaczęła działać była już czysta magia, jak by ktoś mi zrzucił kamień z piersi. Znowu byłem wolny! Miałem w dupie czy ktoś mnie wyśmieje. Tańczyłem, śmiałem się. W momencie uwolnienia się z roli grzecznego chłopca miałem ochotę zrobić coś głupiego i oczywiście tak się stało w krótkim czasie. Dużo nie pamiętam ale wiem ze tego dnia ukradliśmy sąsiadowi mały ciągnik, którym rozwoził drzewo na opał . Mieliśmy w tedy  góra po 14 lat! Jak mi Gruby zaproponował ten nikczemny „plan” stwierdziłem : „-cóż za fantastyczny pomysł, zróbmy to”.I tak też się stało. W trakcie naszej przejażdżki rozwaliliśmy  sąsiadce płot, jechaliśmy taranem przez wszystko co spotkaliśmy na drodze. Jednak ja  świetnie się bawiłem bo w końcu dopuściłem do głosu buntownika którego gdzieś głęboko skrywałem.

Na szczęście upiekło nam się. Ojczym Grubego był (jest) Mecenasem wiec uratował nam wtedy „tyłki” i obyło się bez większych konsekwencji oprócz oczywiście pierwszego kaca. Czyli wymiotów, bolącej głowy oraz ciągłego powtarzania „to był pierwszy i ostatni raz”. Jednak po tym jak minął i zapomniałem o słowach „nigdy więcej” pragnąłem jeszcze raz doznać tego stanu „wolności” . Myślałem (na tamten moment)  że odkryłem jakiś sekret życia. Że tak chyba wygląda egzystencja dorosłego człowieka. W końcu mogę być sobą i to w prosty i szybki sposób. Ahh… jakie to było złudne. Oczywiście kiedy był alkohol to zacząłem notorycznie przyciągać zdarzenia podobne  jak te z ciągnikiem. Jednak nie miało to większego znaczenia, ponieważ czułem się w końcu dobrze w towarzystwie innych rówieśników, zaczęli mnie tolerować. Przechodząc  szkolnym korytarzem miałem głowę podniesiona do góry.  Wcześniej przemykałem tylko jak „szara mysz”, tak aby przypadkiem  nikt mnie nie dostrzegł. I kolejną wypadkową było to że zaczęła się mną interesować płeć przeciwna, oczywiście  z wzajemnością.

Był alkohol pojawiły się tez narkotyki. Amfetamina , marihuana , grzyby halucynogenne, tabletki extasy, niestety brałem wszystko jak leci. I tak będąc na haju w gimnazjum przeszedłem do liceum. Tam piłem już codziennie, na długich przerwał było wino albo piwo pod sklepem. Tak tylko żeby być znowu tym kur** luzakiem jeszcze przez chwile, a wszystko wewnątrz po mału zaczynało wyć. Etap od gimnazjum do tak… 27 rok życia pamiętam jak przez mgle, naprawdę. Nie jestem w stanie  ułożyć chronologicznie zdarzeń jakie zachodziły w tamtym okresie. Pierwsze randki, sex, pierwsza praca, zawsze towarzyszył mi alkohol. Na szczęście na terapii nauczyłem się przypomnieć sobie stan jaki czułem wtedy na kacu. Był to coraz silniejszy lęk! (nie do opisania) , powiększająca się pustka w sercu i poczucie ogromnego wstydu co do swojej osoby. 

Patrząc z obecnej perspektywy zastanawiam się co było takim pierwszym momentem przełomowym spojrzenia na to wszystko „trzeźwiejszym” okiem. Myślę, że chyba to… jak na sylwestra w wieku może 21 lat postanowiłem że od 1 stycznia odstawię wszystkie narkotyki (oczywiście alkohol zostawiłem w spokoju, jak można się pozbywać najlepszego przyjaciela zresztą jest akceptowany społecznie). Jednak decyzja odstawienia amfetaminy i marihuany była  wywołana jedynie strachem, ponieważ po paleniu trawki miałem napady leku, paniki, nawet zdarzyła się zapaść.

O dziwo byłem  konsekwentny w swojej decyzji tj. rezygnacji z nielegalnych używek, już więcej nie tknęłam nic. Oczywiście odstawienie nie było usłane różami, już po paru tygodniach zaczął pojawiać się ogromny smutek (towarzyszył mi cały czas). Myślałem ze zwariuje, nic mnie nie cieszyło. Praca jaka wtedy miałem była beznadziejna ale oczywiście alkohol dalej mi w tym wszystkim towarzyszył, jednak nie sam. Doszła pustka, smutek przeplatany momentami paniki oraz ogromny wstyd, który  nie pozwalał mi zwierzyć się komukolwiek o tym co czułem w środku.  Myślałem ze tylko ja tak mam, bo przecież jestem dziwny, inny. Jeszcze zostanę wyśmiany i odrzucony. Poczucie wartości tak jak i ja było blisko dna . Teraz wiem, że to co czułem fachowo nazywane jest ”depresją”, która była spowodowana oczywiście odstawieniem narkotyku. Zabrałem umysłowi jedną z form ucieczki. Nie był z tego powodu zbytnio zadowolony. 

Jednak o dziwo w tamtym okresie znalazłem ratunek,  nie wiem jakim cudem w rękę wpadła mi książka „Ja„ Tadeusza Niwińskiego. Byłem oszołomiony, pierwsza książka która wciągnąłem na bezdechu. Wytłumaczone było  w niej jak działa umysł, czym jest podświadomość, świadomość  i nadświadomość . Dowiedziałem się że słowo „Ja” jestem czymś o wiele większym  niż do tej pory  myślałem. Że poprzez moje myśli i to czemu poświęcam uwagę mogę kreować świat który mnie otacza . Wywołało to ciepło w moim sercu, którego tak dawno nie czułem. Później zacząłem przyciągać kolejne pozycje,  film „Sekret” mówiący o wizualizacji. Metodę hooponopono, która po krótce mówi o tym jak można się uzdrowić  wypowiadając cztery proste słowa : „przepraszam, wybacz mi proszę, dziękuje, kocham cię”. Jak dziwne było powiedzieć przed lustrem do samego siebie „Kocham Cię„ pierwszy raz w życiu. To uratowało mnie na tamten moment. I rzuciło iskrę do dalszych duchowych poszukiwań.

 Jednak mimo tej „magii” która się pojawiła w dalszym ciągu  nie potrafiłem zrezygnować z alkoholu. „Jeżeli to zrobię przecież  zostanę odrzucony przez znajomych, na trzeźwo jestem nikim, po pijaku każdy mnie lubi, nikogo nie poznam” itd. W dalszym ciągu, poczucie własnej wartości ukierunkowane na zewnątrz. Jednak pomału coś się tam wewnątrz mnie rozpalało, romansowałem z duchowością coraz częściej. To rzucone duchowe ziarno obumarło i zaczęło dawać plon. 

Kolejny moment przełomowy miałem w wieku 27 lat trafiłem wtedy na książkę „Najgorszy człowiek na świecie” Gosi Halber. Była tam opisana cała moja historia, dosłownie. Nieśmiały dzieciak, czuje się gorszy od innych, nagle natrafia na alkohol i zaczyna być lubiany wśród rówieśników. Pod wpływem alkoholu pierwszy raz w życiu czuje akceptację itd. Jednak najważniejszy dla mnie był tam rozdział którego nikt wcześniej tak obrazowo nie opisał. „Co się dzieje po odstawieniu alkoholu”. Jak zaczynasz kochać czas spędzany sam ze sobą, podziwiasz znowu naturę itd. W tedy po raz pierwszy w życiu postanowiłem przestać pić, na poważnie, na zawsze . Zgłosiłem się nawet na terapie. Szybko jednak  przeraziła mnie i zrezygnowałem po 4 wizytach, to chyba nie był ten moment. Jak dobrze pamiętam nie piłem w tedy prawie 3 miesiące ale powróciłem do punktu wyjścia tłumacząc sobie: „-Nie mam problemu, coś sobie ubzdurałam itd.”  

Jednak najważniejszym momentem przełomowym mojego pijackiego życia (i mam nadzieję ostatnim) było odwiedzenie kuzyna w Niemczech. Był to kolejny pijacki urlop, jak każdy do tej pory, jednak coś we mnie wtedy pękło. Piłem tam bite 7 dni, nie jadłem i chlałem od rana, tak że  na koniec urlopu dostałem zapalenia trzustki. Pamiętam, jak w nocy przy próbach trzeźwienie miałam silne zwidy alkoholowe. W jednym z nich przyszedł do mnie zmarły dziadek i złapał mnie za rękę z mocno oburzona twarzą i rozczarowaniem moją osobą. Dodam że Dziadek za  życia  był osoba raczej nie pijącą (w sumie jedyną z męskiego grona której nigdy nie widziałem pijanej). Wiem ze  to był tylko pijacki omam ale zrobił na mnie cholernie silne wrażenie. Po urlopie wróciłem  spanikowany do pracy, strasznie zażenowany sobą . 

Na szczęście to było Moje dno! W tedy w akcie desperacji postanowiłem wrócić na terapie. Na szczęście  tym razem odebrał Wiesiu. I tutaj mogę śmiało powiedzieć ze zaczynamy…

Etap 3 „znowu ja!!!

Słuchając różnych świadectw trzeźwiejących ludzi wiem ze znalezienie dobrego terapeuty na swojej drodze  to dar, naprawdę tak uważam. I mogę tylko dziękować Wiesiowi, który podczas terapii dał mi to co najważniejsze czyli przestrzeń i akceptację. Przestrzeń do tego bym mógł po raz pierwszy w życiu spotkać się z samym sobą.

Na Terapii nie skupialiśmy się za bardzo na słowie „alkoholik” tylko na budowaniu nowego trzeźwego, lepszego życia . Osobiście mówię że przeszedłem terapię nawykową a nie odwykową, ponieważ stare nawyki sukcesywnie zaczęliśmy zastępować nowymi. Dzięki czemu zmieniłem swoje życie diametralnie. Do duchowości która już wcześniej przynosiła efekty w moim życiu zaczęliśmy dokładać kolejne niezwykle ważne cegiełki . 

Teraz Zamiast bolesnych  poranków na kacu pojawiło się morsowanie i chodzenie na boso przez las. Znowu zacząłem przytulać się do drzew. To co robiłem jako dziecko wróciło, czyste szaleństwo!!!. W miejsce pijackich zarwanych nocek pojawiło się coś zupełnie innego dla umysłu i ciała, bieganie! Pokochałem bieganie szczególnie nocą, gdy wszyscy kładą się spać a ja w końcu mogę być sam ze sobą. Jeszcze gdy podczas takiego biegu pada deszcz , to już magia. Przez tyle lat wmawiano mi : „- jesteś słaby z w-fu, nie wysilaj się, piz*da” itp. Teraz te wszystkie słowa zaczęły blednąc i znikać z mojego życia. Straciły moc wywoływania jakiegokolwiek wpływu. 

Duchowość stała się moja największą życiową pasją, mogę o niej gadać godzinami. Oczywiście ten rozwój duchowy ciągle trwa a ja dokładam do niego kolejne elementy (choć może pozbywam się tylko tych starych). Na samym początku tej drogi wróciłem do kościoła. Jednak teraz na „Boga” zacząłem patrzeć zupełnie inaczej. Jak na czystą nie oceniającą miłość, a nie na surowego kata który daje i zabiera (tak przecież uczono mnie na lekcjach religii w szkole). Później natrafiłem również na Buddyzm, który mówi że każdy z nas ma Boga w sobie, my musimy się jedynie przebudzić. Chrześcijaństwo, Buddyzm, Satsang, Hinduizm… zrozumiałem że każda religia, praktyka duchowa mówią tak naprawdę o tym samym. A Budda z Jezus to już mówili dokładnie o tym samym. Pokazywali ze ich historia przebudzenia jest tak naprawdę historia każdego z Nas. Porzucenie starego życia i odrzucenie świata zewnętrznego czyli rownież tego co pomyślą o tobie inni. Zauważenie ze jesteśmy czymś więcej niż tylko swoimi myślami i ciałem. Spotkanie się sam na sam ze swoimi demonami i stawienie im czoła . I  rozpoczęcie  życia „tu i teraz” w czystej świadomości i miłości patrząc  na świat oczami Boga. Bo My i Bóg którego tak szukaliśmy to jedno. Jedna wspólna świadomość. 

Z tej perspektywy alkohol uwierzcie nie jest żadną atrakcja i alternatywą. Jego siła wywierania wpływu straciła moc. 

Najważniejsze „odpuszczenie” czyli nie niesienie  na swoich plecach aż tak ciężkiego  plecaka (krzyża) naprawdę zmienia perspektywę. „Życie opiekuje się sobą same”a my próbując kontrolować je tylko przeszkadzamy, naprawdę . 

Lech Dyblik, aktor, trzeźwy alkoholik od prawie 30 lat powiedział podczas spowiedzi : „  -Tyle się w moim życiu dzieje, a ja nic specjalnego nie robię? Jego spowiednik na to: -widzisz Lechu bo w końcu przestałeś przeszkadzać !”

Pozwól  życiu by toczyło się same, na serio. Terapia sprawiła ze zmieniłem sporo w swoim życiu i dalej to robię. 

Oczywiście dopuszczenie do głosu tego nieśmiałego, zakompleksionego dzieciaka który nie miał prawa się odezwać przez tyle lat nie było łatwym procesem. Bo przecież ja zacząłem pic jako dziecko. To „wewnętrzne dziecko” było bardzo rozżalone i przestraszone. Ten proces oczywiście  jeszcze trwa bo minęły dopiero 3 lata trzeźwego życia, ale w końcu daje sobie miłość i akceptację. Dopuszczam do głosu świetnego gościa,  indywidualistę, który od pewnego czasu ma gdzieś co pomyślą sobie o nim inni, ubiera się tak  jak chce a nie tak by być chwalonym przez otoczenie. Mimo bycia nieśmiałym introwertykiem pozwala sobie chodzić boso gdy każdy ma w koło buty, kąpać się w morzu wtedy gdy wszyscy trzęsą się z zimna, biegać gdy wszyscy śpią, przytulać się do drzew gdy każdy mówi uważaj kleszcze. Kocham Siebie!

Ostatnio dowiedziałem się jakie jest moje indiańskie imię. „Heyoka” czyli idący w poprzek. Moim życiem żądza 3 zasady: paradoks , humor i zmiana (pożyczyłem te 3 zasady i wziąłem jak swoje z książki „Droga miłującego pokój wojownika”;)

*Humor: ułatwia życie, szczególnie humor na swój temat, nie traktuj życia zbyt poważnie! 

*Zmiana : życie jest ciągłą zmianą, jeżeli próbuje coś zatrzymać  na stałe to będę cierpiał.

*Paradoks!: okazało się ze wszystko jest na odwrót niż mi kiedyś tłumaczono, i to jest dopiero numer !

Cały czas było wszystko ze mną ok, problemy i to że sięgnąłem po alkohol zaczęły się gdy uwierzyłem w czyjąś opinie cytując klasyka: „ Nie pozwól  by czyjaś opinia na Twój temat stała się Twoją rzeczywistością”

Poza tym  Kocham naturę, w niej odnajduje Boga. Pierwszy pół maraton przebiegłem w Berlinie, tam tez na rok trzeźwości zrobiłem tatuaż który zawsze chciałem mieć. Dodatkowo jestem wolontariuszem W Wielkiej Orkiestrze Świątecznej Pomocy oraz fundacji „Klucz Nadziei” ;). Poznałem masę ciekawych ludzi i to wszystko na trzeźwo! Ponad to przeżyłem dwa zawody miłosne, dostałem ofertę pracy w Watykanie , zjechałem na tyłku ze szczytu w Tatrach wywołując lawinę. Myślę, że całkiem spoko jak na 3 lata trzeźwości.

P.S.

Dodam ze na chwile obecną jestem bezrobotny i nie wiem jaka mnie czeka przyszłość, ale dawno nie czułem się tak dobrze. Myślę, że w końcu pozwoliłem sobie by życie toczyło się same, oddałem ster. Wu Wei.  Może w końcu wybiorę się w podróż o której marzyłem całe życie.

Pozdrawiam,
Alek

Kilka fotografii autorska Alka

Dołącz do naszej społeczności

Dołącz do naszej prywatnej grupy na facebooku

Wsparcie dla osób uzależnionych

Przejdź do grupy

Dołącz do naszej społeczności

Dołącz do naszej prywatnej grupy na facebooku

Wsparcie dla osób współuzależnionych

Przejdź do grupy